[18+] Linda

Wrzuciłam na instagram zapowiedź sesji z Lindą i już zewsząd dostaję pytania, gdzie post na blogu :D A tu WordPress zrobił mi niespodziankę i zmienił edytor postów, w którym totalnie się nie odnajduję. Miałam nadzieję, że zdołam się przestawić, ale chyba nie zdążę, bo czekacie na te zdjęcia z niecierpliwością, co wcale mnie nie dziwi!

Podczas pobytu na Mazurach nieraz trafialiśmy na piękne kępy wrzosów, wrzosowe polanki, ścieżki wśród tych pachnących krzaczków. Uwielbiam wrzosy i od wielu lat moim marzeniem było zrobić sesję wśród nich. Niestety wszystkie znane mi wrzosowiska wokół Warszawy (a do niektórych jechałam nawet 70 km!) nie były zbyt fotogeniczne – ot pojedyncze kępki na piaszczystym podłożu. Na Mazurach to co innego… ale tam z kolei nie miałam modelek ;) Ostatniego dnia naszego urlopu napisała do mnie koleżanka i wysłała zdjęcia z magicznej polany wrzosów. Po prostu wymarzone miejsce na zdjęcia, w którym od razu się zakochałam, o czym Olga dobrze wiedziała :D Z radości nie mogłam się doczekać, aż wrócę i odwiedzę to przepiękne wrzosowisko. Było nawet piękniejsze od tych mazurskich!

Pierwszy raz zajechałam tam na spontaniczne portrety z Kasią. Było idealnie – światło padało dokładnie tam, gdzie powinno, wrzosy były ultrafioletowe i całość wyglądała bajkowo. Postanowiłam, że idę za ciosem i spróbuję spełnić swoje marzenie o aktach na wrzosowisku. Linda od razu była chętna, co mnie mega ucieszyło, bo jest zdecydowanie modelką do zadań specjalnych: wytrwałą, nienarzekającą, niezniechęcającą się z byle powodu, skoncentrowaną na super efektach. Do pomocy zabrałyśmy Tomka, który miał nam pomóc z rozstawieniem ścianki do zdjęć, zawieszeniem hamaka itp. Dzień przed sesją wpadłam jeszcze na spontaniczny pomysł, by kupić do sesji świece dymne i race, a tym samym spełnić kolejne fotograficzne marzenie o aktach z racą.

Na początku nic nie zwiastowało sukcesu. Po race i świece dymne musiałam jechać w sobotę poza Warszawę i okazały się bardzo drogie. Pogoda nie dopisała, więc przenieśliśmy sesję na niedzielę. W dniu sesji od rana bolała mnie głowa i nie mogłam się zebrać. Na miejscu nie było gdzie zaparkować i wyglądało na to, że jest sporo ludzi. Prawie dwukilometrowa droga przez las też nie sprawiła mi przyjemności, bo byłam dość zestresowana – jak to zwykle bywa przed sesją, co do której mam wysokie oczekiwania. Dlatego preferuję spontaniczne sesje, bo nigdy się nie zawiodę, a mogę tylko pozytywnie zaskoczyć. Na początku sesji wciąż nie mogłam się odnaleźć. Czułam, że mam wszystko – piękne światło, piękną modelkę, wsparcie Tomka, cudowne miejsce, a jednak nie mam na nic pomysłu i generalnie lipa. Stresowało mnie tylko to, że nie mogę się rozruszać, robię takie zwykłe „pstryki”, a światło ucieka i czasu nie mamy dużo. „Przełom” nastąpił w momencie, gdy focąc wśród wrzosów poczułam ukłucie w nogę i zobaczyłam, że na kostce siedzi mi trzmiel (wtedy myślałam, że to bąk, ale okazało się, że bąki nie gryzą :D). Totalnie spanikowałam, zrzuciłam go z siebie i momentalnie zapomniałam o robieniu zdjęć. To była taka rzecz, której bałam się przez całe życie – nigdy nie użądliła mnie osa/pszczoła/trzmiel/szerszeń itp., więc nie mogłam mieć pewności, że nie jestem uczulona. Zawsze oddalałam się od tego typu owadów i szczęśliwie udawało mi się to przez 27 lat. A teraz, nagle, na mojej wymarzonej sesji, w środku lasu, wydarzyło się to, czego tak się bałam. I na pytanie Lindy, czy jestem uczulona, nie potrafiłam odpowiedzieć. Wychodząc z wrzosowiska dalej kłuło mnie coś w spodniach, coś bzyczało, ale w histerii nie potrafiłam myśleć logicznie. Dopiero na ścieżce zrzuciłam z siebie spodnie i okazało się, że trzmiel zaplątał się w nie i użądlił mnie jeszcze dwa razy… Wtedy moja panika sięgnęła zenitu. Czułam, że to koniec sesji, że jestem w takim stanie psychicznym, że zaraz zacznę się dusić, niezależnie od tego, czy jestem uczulona czy nie.

Na szczęście byłam jedyną panikarą w towarzystwie, Lindzie i Tomkowi udało się mnie uspokoić. Po kilkunastominutowej przerwie zmieniliśmy miejsce i byłam gotowa kontynuować zdjęcia, mimo że straciliśmy dużo czasu. Uznałam, że czas na zdjęcia z racą, może one sprawią, że wskoczę na właściwe tory i dojdę do siebie. Przygotowaliśmy się więc i omówiliśmy dokładnie plan działania – ze względu na cenę kupiłam tylko jedną racę i miała się palić przez ok. 60 sekund, ale nigdy nie wiadomo. Linda wyciągnęła zawleczkę i… nic się nie wydarzyło :D Okazało się, że powinna pociągnąć ją w bok, zamiast do góry. Raca była zmarnowana. Tomek próbował wsadzić zawleczkę z powrotem, podpalić zapalniczką, kombinował na wszelkie sposoby, ale nic z tego. Podłamałam się. Kolejny kopniak podczas tej nieudanej sesji. Wzięłam więc świecę dymną i zrobiłyśmy z nią kilka ujęć, które bardzo mi się spodobały i podbudowały moją pewność siebie. Pierwsze dobre ujęcia i koniec stresu sprawiło, że wreszcie zaskoczyłam i zaczęłam robić sztosy :D Robiło się coraz ciemniej, słońca zostało dosłownie kilka promieni, ale my walczyłyśmy o każde fajne zdjęcie. Linda tarzała się w kłujących wrzosach, biegała nago po całym lesie i nie przejmowała się żadnymi przeszkodami. Nagle Tomek zawołał nas, dał Lindzie racę i odpalił! Udało się! Mój pomysłowy chłopak wcisnął w racę lont od drugiej świecy dymnej i tak oto zrobiłyśmy wspaniałe akty z racą! Prawie płakałam z radości, po takim fatalnym początku takie cudowne zakończenie. Wracałam lekko kulejąc, ale naprawdę bardzo szczęśliwa. To była świetna sesja i super doświadczenie, które na pewno zapamiętam na długo. Bardzo dziękuję Lindzie i Tomkowi za tak ogromne wsparcie!

A jeszcze jako krótki offtop – ciekawostka. Noga nie spuchła mi w niedzielę wcale, posmarowałam fenistilem, poszłam spać. W nocy trochę ciągnęła, bo jedno z ugryzień trafiło w ścięgno. W poniedziałek trochę pobolewała, zrobiły się czerwone plamy w miejscu ukąszeń, ale nic poza tym. A we wtorek… noga spuchła tak, że nie mogłam zmieścić jej w bucie. Była cała gorąca, sztywna i napięta. Pod koniec dnia w ogóle nie mogłam na nią stawać. Miejsca po użądleniach posiniały i cała noga wyglądała po prostu strasznie. Uznałam, że jeśli nie poprawi się do środy to pojadę do szpitala. Przez cały wieczór i noc Tomek okładał mi nogę zimnymi okładami i papką z sody oczyszczonej. I to chyba ta soda uratowała sytuację, bo w środę rano opuchlizna trochę zeszła i noga zaczęła nabierać normalnych kolorów. Potem już było coraz lepiej. Cóż, sesja naprawdę godna zapamiętania ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s